macierzyństwo
Jak przetrwać z dzieckiem i mieć jeszcze czas dla siebie?
To chyba odwieczne pytanie wszystkich świeżo upieczonych matek. Wszystko jest nowe, ani czasu zjeść, skorzystać z toalety nie mówiąc już o przyjemnościach. W zasadzie lepiej byłoby powiedzieć: yyyyy...jakich przyjemnościach…? Teraz to już w pieluchach po łokcie. O, tyle by tego było. No dobra, nie jest tak źle. Ale o tym zaraz.
Przyznam się szczerze, że jeszcze przed ciążą usłyszałam wiele pochlebnych opinii na temat pani Tracy Hogg - arcyspecjalisty i guru ds. pielęgnacji i rozumienia tzw. języka niemowląt. Pojawiła się nawet u nas w domu książka tejże znawczyni i będąc w ciąży z uwagą ją studiowałam, analizując dogłębnie każdą teorię, twierdzenie, sugestię. Czytałam, lecz do pewnego momentu, bo nigdy nie skończyłam..
Przyznam się szczerze, że jeszcze przed ciążą usłyszałam wiele pochlebnych opinii na temat pani Tracy Hogg - arcyspecjalisty i guru ds. pielęgnacji i rozumienia tzw. języka niemowląt. Pojawiła się nawet u nas w domu książka tejże znawczyni i będąc w ciąży z uwagą ją studiowałam, analizując dogłębnie każdą teorię, twierdzenie, sugestię. Czytałam, lecz do pewnego momentu, bo nigdy nie skończyłam..
Niektóre sugestie były dla mnie absurdalne - jak np. przynosząc do domu noworodka, oprowadź go po wszystkich pomieszczeniach - po co????? Noworodek niewiele widzi i ma w nosie rozdkład mieszkania, on chce spać i cycka. Nie interesuje go ani telewizor ani pralka ani lodówka..
Oczywiście nie ulega wątpliwości, że pani Hogg jest rzeczywiście znawczynią tematu, ale jej rady nie znajdą zastosowania u każdego dziecka. Bo choćby skały srały, każde dziecko nie jest przykładem podręcznikowym, a zupełnie indywidualną jednostką. I nie ma takiej siły, żeby każde dziecko wyregulować według przykazań pani Hogg.
Jednak są rzeczy co do których miała rację. Rzeczy do których każda z nas po czasie dochodzi - bo przecież matczyna intuicja oraz metoda prób i błędów, prędzej czy później podsunie nam takie wnioski.
Mowa oczywiście o rutynie i rytuałach.
Jeśli chodzi o rutynę, ta szybko okazuje się zbawienna. Tak jak w życiu przed dzieckiem, rutyna wiała nudą i smutkiem, tak teraz jest cudownym odkryciem. Dzieci ją kochają, czują się w niej bezpiecznie, bo wszystko jest przewidywalne, i łatwo odnaleźć się w dziennym rozkładzie jazdy. Moje dziecko wyjęte ze swojej codziennej rutyny wariuje. Wystarczy przesunięcie / brak jednej z dwóch drzemek, a krzykami niezadowolenia i protestu podniesie zmarłego z grobu. Wszystko musi być tak jak co dzień. Posiłki, drzemki, kąpiel. Wszystko o tych samych porach. Po za tym kąpiel (tu już wchodzimy w zakres wieczornych rytuałów) jest u nas swego rodzaju znakiem, że dzień się kończy. Jak tylko otworzę drzwi do łazienki, mój raczkujący synek włącza piąty bieg i od razu pędzi do łazienki z uśmiechem od ucha do ucha, choćby jak nie wiem co był zmęczony. Kąpiel to mega przyjemność i zabawa, a chwila na przewijaku, smarowanie i masaż, to momenty rozpoczynające wieczorne wyciszanie się. To ostatni krok do kaszy na dobranoc. I do spania.
Rutynę kocham również ja. Bo pozwala mi doskonale zaplanować dzień z dużym wyprzedzeniem - bez problemu jestem w stanie umówić się do lekarza czy z koleżanką na kawę - zaskoczyć może mnie tylko chyba pełna pielucha ;-). Mogę wybrać się po zakupy. Albo poczytać książe, obejrzeć film, czy choćby ogarnąć chałupę - bo wiem że w tych konkretnych godzinach Miko będzie spał. Tylko z tymi drzemkami jest jeden haczyk - otóż moje dziecko śpi tylko w domu, bo wtedy faktycznie mam czas na ogarnięcie wszystkiego i dla siebie ofkors, na spacerach ogląda, podziwia, bawi się, a w konsekwecji robi się zmęczony ;-) Bosssssskie, co nie?
Z przerażeniem myślę że nadejdzie dzień kiedy pozostanie nam tylko jedna drzemka, chlip chlip...
A czy Wy miałyście okazję czytania książek Pani Hogg? Jakie wrażenia? Czy jej rady znalazły u Was zastosowanie?


0 komentarze