macierzyństwo
Wygrywam w macierzyństwie
Życie nie jest idealne. Nie spotykamy prawdziwego księcia z bajki, bo żaden człowiek nie jest pozbawiony wad. Staranie się o dziecko nie zawsze jest drogą usłaną różami, a życie codzienne rzadko pozbawione jest rutyny. Myśląc o posiadaniu dziecka, nie myślimy o krnąbrnym kilkulatku lub o zbuntowanym nastolatku, a o małym różowym niemowlaku. Poród to nie wyjście na manicure, a pierwsze miesiące i lata z dzieckiem to nie sam miód.
Macierzyństwo wnosi w życie dużo zmian. Dużo obowiązków i dużo kupy. Mało snu. To tak w skrócie. Choć każda z nas niewątpliwie pragnie życia jak z obrazka, zwykle to wszystko bardzo rozmija się z rzeczywistością. Bo dziecko nie śpi, płacze, marudzi, nie chce jeść, nie chce pić. Nie ma w tym nic dziwnego, bo jest małym człowiekiem, mającym podobnie jak my - dorośli swoje humory, preferencje oraz gorsze i lepsze dni. Tylko my - dorośli podchodzimy często zbyt zadaniowo do rodzicielstwa i zamiast wsłuchać się w potrzeby dziecka, idziemy ustalonym trybem dnia i odhaczamy: śniadanie zjedzone, drzemka zaliczona, obiad był, podwieczorek był, spacer był, kasza była, pora spać. Godzina X wybija i dziecko spać musi. MUSI. Jak to nie chce spać? No przecież jest pora i powinno być zmęczone, bo nam dorosłym też odpoczynek się należy.
Kiedy młody miał kilka miesięcy, postanowiłam wprowadzić rutynowy plan dnia, który w swojej książce rekomendowała treserka niemowląt, znana bliżej jako Tracy Hogg. Jeszcze w czasie ciąży byłam pełna zachwytu jej metodami, zaś znajomi rozpływali się nad jej skutecznością. Sięgnęłam po książkę, co by ujarzmić ten mój rosnący na piersi tajfun. Otworzyłam, przeczytałam kilka stron, nie mogłam dalej. O ile plan dnia był ciekawy, o tyle reszta już nie. Przeszłam więc do implementacji niecnego planu i tak zaczęliśmy żyć wg rozkładu dnia. Wszystko stało się znacznie prostsze. Serio. Mogłam zaplanować wszystko, bez spięcia umawiałam się z koleżankami na spacer, do lekarza, planowałam kiedy będę gotować, a kiedy wyjdę po zakupy. Problem pojawiał się przy usypianiu wieczorem. No za chiny młody nie chciał iść spać, bujaliśmy się tak nad łóżeczkiem z godzinę, a czasami i dwie. Trwało to bardzo długo. Nie wiem nawet jak długo.
Odpuściliśmy, bo ile można. On się wściekał, a my sfrustrowani biegaliśmy po chacie pół wieczoru, rzucając pod nosem bluzgami, że 20sta jest a On nie śpi. No 21 i nadal nic. Wystarczy.
Po dziś dzień młody lata i roznosi chatę, póki nie zacznie się ze zmęczenia pokładać na ziemii. I tak, jestem zmęczona wieczorem, bo kto by nie był bo całym dniu pracy, sprzątaniu chałupy, praniu, gotowaniu i nieustającej zabawie? Ale z drugiej strony, w końcu mam czas zwyczajnie z nim pobyć, a na ogół tego czasu jest mało, zdecydowanie za mało.
Wieczorem przychodzi usiąść mi na kolanach, przytula się tymi swoimi malutkimi łapkami.
"Mama, mama" mówi. To miód na moje serce. Niech biega ile da radę, dopiero wtedy spać. Jeszcze jeden przytulas, jeszcze jeden buziak.
Wygrywam w macierzyństwie. Wygrywam ten czas, bo odpuściłam. Wygrywam te wszystkie chwile, które są bezcenne. Bo za chwilę on już nie będzie taki mały, słodki i bezwarunkowo kochający. Zaraz urośnie i stanie się krnąbrnym kilkulatkiem, który będzie stale negocjował. Stanie się zbuntowanym nastolatkiem, próbującym za wszelką cenę postawić na swoim. Skąd to wiem? Bo byłam taka sama.
Chrzanię ten czas, który teoretycznie mogę spędzić na oglądaniu filmu, czy surfowaniu po sieci. Serio. Mam w nosie te wszystkie niepisane zasady, że po dobranocce dziecko powinno już spać.
Nie boli mnie wcale, że nie spędzam tak dużo czasu poza domem, bo uwielbiam spędzać czas z NIM. Nie przeszkadza mi jego bieganie do późnych godzin bo wiem, że jutro prawie cały dzień będziemy osobno. Na ulubiony film czy książkę i tak znajdę czas.
Nie zawsze tak było. Przed urodzeniem i zaraz po chciałam, by młody chodził jak w zegarku. Czekałam aż pójdzie spać niczym wymarzonej nagrody - czasu dla siebie. Teraz też uwielbiam jego drzemki i uwielbiam czas dla siebie. Ale przede wszystkim uwielbiam nasze wspólne chwile. Musiałam wrócić do pracy, by zrozumieć jak cenny jest nasz wspólny czas.
Często spotykam się ze zdumieniem, gdy mówię jak funkcjonujemy. Przecież większość dzieci chodzi spać między 19 a 20stą. No super, fajnie, jeśli jesteś z dzieckiem w domu. A jeśli pracujesz i macie te 2-3 godzinny dziennie, w których upchnięte są kolacja i kąpiel? To ile realnie jest tego czasu? Jedno wielkie tłuste NIC.
Z dzieckiem trudno budować więź przez godzinę czy dwie dziennie. Dziecko potrzebuje uwagi, stałej uwagi a nie chwilowej. Potrzebuje wspólnej zabawy, wspólnych radości, wygłupów. Potrzebuje czułości, miłości. Potrzebuje rozmów, wspólnego czytania, naśladowania. Te wszystkie rzeczy składają się na budowanie wyjątkowej i trwałej więzi. Jeśli zaniedba się to na etapie pierwszych lat, to potem jest to nie do odbudowania. Kiedy trochę odrośnie, będzie już za późno. Wtedy przyjdzie długo czekać na kolejną szansę.
Czasami warto odpuścić, by wygrać czy to w macierzyństwie, czy to w rodzicielstwie. A wygrać można to, co bezcenne - szczęście i uśmiech swojego dziecka.
Podoba Ci się ten tekst? Koniecznie zostaw komentarz lub lajka. :)
Macierzyństwo wnosi w życie dużo zmian. Dużo obowiązków i dużo kupy. Mało snu. To tak w skrócie. Choć każda z nas niewątpliwie pragnie życia jak z obrazka, zwykle to wszystko bardzo rozmija się z rzeczywistością. Bo dziecko nie śpi, płacze, marudzi, nie chce jeść, nie chce pić. Nie ma w tym nic dziwnego, bo jest małym człowiekiem, mającym podobnie jak my - dorośli swoje humory, preferencje oraz gorsze i lepsze dni. Tylko my - dorośli podchodzimy często zbyt zadaniowo do rodzicielstwa i zamiast wsłuchać się w potrzeby dziecka, idziemy ustalonym trybem dnia i odhaczamy: śniadanie zjedzone, drzemka zaliczona, obiad był, podwieczorek był, spacer był, kasza była, pora spać. Godzina X wybija i dziecko spać musi. MUSI. Jak to nie chce spać? No przecież jest pora i powinno być zmęczone, bo nam dorosłym też odpoczynek się należy.
Kiedy młody miał kilka miesięcy, postanowiłam wprowadzić rutynowy plan dnia, który w swojej książce rekomendowała treserka niemowląt, znana bliżej jako Tracy Hogg. Jeszcze w czasie ciąży byłam pełna zachwytu jej metodami, zaś znajomi rozpływali się nad jej skutecznością. Sięgnęłam po książkę, co by ujarzmić ten mój rosnący na piersi tajfun. Otworzyłam, przeczytałam kilka stron, nie mogłam dalej. O ile plan dnia był ciekawy, o tyle reszta już nie. Przeszłam więc do implementacji niecnego planu i tak zaczęliśmy żyć wg rozkładu dnia. Wszystko stało się znacznie prostsze. Serio. Mogłam zaplanować wszystko, bez spięcia umawiałam się z koleżankami na spacer, do lekarza, planowałam kiedy będę gotować, a kiedy wyjdę po zakupy. Problem pojawiał się przy usypianiu wieczorem. No za chiny młody nie chciał iść spać, bujaliśmy się tak nad łóżeczkiem z godzinę, a czasami i dwie. Trwało to bardzo długo. Nie wiem nawet jak długo.
Odpuściliśmy, bo ile można. On się wściekał, a my sfrustrowani biegaliśmy po chacie pół wieczoru, rzucając pod nosem bluzgami, że 20sta jest a On nie śpi. No 21 i nadal nic. Wystarczy.
Po dziś dzień młody lata i roznosi chatę, póki nie zacznie się ze zmęczenia pokładać na ziemii. I tak, jestem zmęczona wieczorem, bo kto by nie był bo całym dniu pracy, sprzątaniu chałupy, praniu, gotowaniu i nieustającej zabawie? Ale z drugiej strony, w końcu mam czas zwyczajnie z nim pobyć, a na ogół tego czasu jest mało, zdecydowanie za mało.
Wieczorem przychodzi usiąść mi na kolanach, przytula się tymi swoimi malutkimi łapkami.
"Mama, mama" mówi. To miód na moje serce. Niech biega ile da radę, dopiero wtedy spać. Jeszcze jeden przytulas, jeszcze jeden buziak.
Wygrywam w macierzyństwie. Wygrywam ten czas, bo odpuściłam. Wygrywam te wszystkie chwile, które są bezcenne. Bo za chwilę on już nie będzie taki mały, słodki i bezwarunkowo kochający. Zaraz urośnie i stanie się krnąbrnym kilkulatkiem, który będzie stale negocjował. Stanie się zbuntowanym nastolatkiem, próbującym za wszelką cenę postawić na swoim. Skąd to wiem? Bo byłam taka sama.
Chrzanię ten czas, który teoretycznie mogę spędzić na oglądaniu filmu, czy surfowaniu po sieci. Serio. Mam w nosie te wszystkie niepisane zasady, że po dobranocce dziecko powinno już spać.
Nie boli mnie wcale, że nie spędzam tak dużo czasu poza domem, bo uwielbiam spędzać czas z NIM. Nie przeszkadza mi jego bieganie do późnych godzin bo wiem, że jutro prawie cały dzień będziemy osobno. Na ulubiony film czy książkę i tak znajdę czas.
Nie zawsze tak było. Przed urodzeniem i zaraz po chciałam, by młody chodził jak w zegarku. Czekałam aż pójdzie spać niczym wymarzonej nagrody - czasu dla siebie. Teraz też uwielbiam jego drzemki i uwielbiam czas dla siebie. Ale przede wszystkim uwielbiam nasze wspólne chwile. Musiałam wrócić do pracy, by zrozumieć jak cenny jest nasz wspólny czas.
Często spotykam się ze zdumieniem, gdy mówię jak funkcjonujemy. Przecież większość dzieci chodzi spać między 19 a 20stą. No super, fajnie, jeśli jesteś z dzieckiem w domu. A jeśli pracujesz i macie te 2-3 godzinny dziennie, w których upchnięte są kolacja i kąpiel? To ile realnie jest tego czasu? Jedno wielkie tłuste NIC.
Z dzieckiem trudno budować więź przez godzinę czy dwie dziennie. Dziecko potrzebuje uwagi, stałej uwagi a nie chwilowej. Potrzebuje wspólnej zabawy, wspólnych radości, wygłupów. Potrzebuje czułości, miłości. Potrzebuje rozmów, wspólnego czytania, naśladowania. Te wszystkie rzeczy składają się na budowanie wyjątkowej i trwałej więzi. Jeśli zaniedba się to na etapie pierwszych lat, to potem jest to nie do odbudowania. Kiedy trochę odrośnie, będzie już za późno. Wtedy przyjdzie długo czekać na kolejną szansę.
Czasami warto odpuścić, by wygrać czy to w macierzyństwie, czy to w rodzicielstwie. A wygrać można to, co bezcenne - szczęście i uśmiech swojego dziecka.
Podoba Ci się ten tekst? Koniecznie zostaw komentarz lub lajka. :)
Jeśli masz ochotę zostać z nami na dłużej, to możesz to zrobić poprzez polubienie nas na Facebooku - wtedy nie ominie Cię żaden nasz post :)


0 komentarze